Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2015

Chorwacki niezbędnik!

Wiadomo, że są różne sposoby na dotarcie do Chorwacji co oczywiście warunkuje ilość bagażu, który możemy zabrać. Ja postaram się Wam przedstawić ogólny zarys potrzebnych według mnie tam rzeczy a Wy zdecydujcie co zabierzecie ze sobą, a w co zaopatrzycie się na miejscu :)

Od czego zaczynam? Oczywiście od listy zakupów, listy rzeczy do zabrania i sprawdzenia rozmiaru walizki, w którą mogę to wszystko upchać! :)

Buszowanie po sklepach zaczynam co najmniej miesiąc przed wyjazdem, żeby mieć czas wybrać to co mi się podoba, poszperać za dobrymi cenami. Oczywiście zawsze wpadnie też jakiś mniej zaplanowany zakup...dla mnie w tym roku były to okulary przeciwsłoneczne, z którymi wiąże się dość śmieszna historia...spodobały mi się bardzo, ale trochę mniej byłam zachwycona ceną...gdy zaczęłam szukać ich w Internecie okazało się że są one z limitowanej edycji, nazwanej od wyspy, na którą właśnie się wybieram na urlop...także sprawa była przesądzona, okulary kupione, dziurę w budżecie załata się kiedy indziej :D Prawda też jest taka, że jak już je kupiłam to w zasadzie nic innego nie było mi potrzebne, stwierdziłam, że wszystko już mam!

Co moim zdaniem jest niezbędne na wakacje w Chorwacji ?

Kostium kąpielowy, sporo luźnych, lekkich i przewiewnych koszulek, krótkie spodenki, kapelusz, okulary przeciwsłoneczne i dużo dobrego humoru! Na pewno przyda się też coś cienkiego ale z długim rękawem, szczególnie dla tych co przesadzili ze słońcem i wieczorem zaczną ten efekt odczuwać. 

Obowiązkowym zestawem na plaże są buty do wody (które świetnie się też noszą na kamienistej plaży) oraz gąbkowy materac na plażę. Dzięki tym dwóm gadżetom Wasz wyjazd będzie pozbawiony narzekania na wbijające się kamienie oraz kolce jeżowców.

Kolejna sprawa to ochrona przed słońcem ale tu bym nie przesadzała z filtrami nr 50. Spokojnie wystarczy 20-25 na początek żeby po kilku dniach zejść do 15-10. Na pewno każdemu przyda się balsam po opalaniu. Zamiast perfum polecam jakąś delikatną mgiełkę do ciała o egzotycznym zapachu. 

Nie ma co się wybierać bez maski i rurki! Snorkeling (czyli właśnie pływanie z maską i rurką) w przejrzystych wodach  Morza Adriatyckiego jest wspaniały. Nie znajdziecie tam może kolorowych rybek jak z filmu „Gdzie jest Nemo’’ ale ławice mniejszych i większych ryb, jeżowce i rozgwiazdy oraz bujna roślinność na dnie są na porządku „dennym”. Poza tym nic nie robi tak dobrze na dusze i ciało jak kilka godzin spędzonych w wodzie, bez konieczności ogrzewania się „na ręczniku”

Co jeszcze? Dla tych, którzy planują większe zwiedzanie, na pewno przyda się przewodnik ale pamiętajcie, najlepsze miejsca w okolicy polecą Wam miejscowi! Oprócz  tego na pewno dowiecie się też od nich gdzie najlepiej kupić wino, Prošek czy Rakije. Poza tym gospodarze bardzo często częstują swoimi wyrobami lokatorów a na koniec wyjazdu można się u nich dobrze zaopatrzyć w "pamiątki" :) Więcej o tym co przywieźć sobie z Chorwacji pisałam Wam tutaj. 



A teraz pędzę robić ostatni przegląd w szafie i szykować walizki :)


wtorek, 28 lipca 2015

Centymetr prawdę Ci powie - 3 mierzenie!

Dzisiaj zapraszam Was na podsumowanie trzeciego etapu wyzwania. Wczoraj minęło dokładnie 60 odkąd zaczęłam swoją walkę. Poprzednie dwa posty z pomiarami znajdziecie tutaj -> 1 mierzenie i 2 mierzenie. 
Przechodząc od razu do sedna w końcu drgnęła waga :) Od poprzedniego mierzenia jestem lżejsza prawie o 2 kg. Ale co najważniejsze...brzuch -5 cm, talia -2 cm, biodra -4 cm, w udach i łydce ubyło po 1 centymetrze, pośladki -3 cm. 

Jak widzicie, jest progres. Pomoc Karoliny i moja praca okazują się być działającym mechanizmem.
Co mogę powiedzieć więcej? Czuję się znakomicie i nie jest to tylko efekt coraz luźniejszych spodni. Jak już wspominałam w postach, lepiej sypiam, bardzo poprawiła mi się cera, moje ciało jest coraz bardziej napięte. Nadal czeka mnie dużo pracy ale im lepsze rezultaty tym większy zapał – tak to już działa :)
Nauczyłam się kolejnych, nowych przepisów i wiele następnych czeka w kolejce. Okazuje się, że naprawdę sporo fajnych smakołyków można ba! nawet trzeba jeść na diecie. W większości przypadków nie odczuwam głodu ani większego zmęczenia. Oczywiście chciałabym żeby rezultaty były jeszcze większe i jeszcze szybciej ale zdecydowałam się na zdrowe odchudzanie, więc musi to trochę trwać, żebym nie musiała się martwić o nagły powrót niechcianych kilogramów!


Podsumowując, z obecnych efektów jestem zadowolona i  pozytywnie nastawiona do dalszej walki.
A teraz,  zapraszam na kolejne 20 dni ze mną, bo zaczynamy 4 i zarazem ostatni etap wyzwania W 80 dni do wakacji.



poniedziałek, 27 lipca 2015

Co sobie przywiozę z wyspy Hvar :)

Mimo, że do wyjazdu zostały jeszcze prawie 3 tygodnie, nauczona doświadczeniem z zeszłego roku, już teraz mam opracowaną listę rzeczy obowiązkowych do przywiezienia z Chorwacji.

To za co pokochałam Chorwację a dokładniej wyspę Hvar to widoki, smaki i zapachy. Niestety nie da się tego stamtąd przywieźć ani oddać na fotografii, pozostają nam jedynie wspomnienia. Ja do tej pory jak zamykam oczy to czuję smak fig oraz zapach lawendy.

A żeby pomóc wspomnieniom to właśnie numerem jeden na mojej liście jest lawenda, najlepiej zebrana samemu. Można ją ułożyć w bukieciki (będzie się trochę w domu obsypywać) lub włożyć ja w płócienne woreczki – zapach będzie się utrzymywał przez kilka miesięcy po powrocie. Woreczki możemy umieścić w szafie, w szufladzie z bielizną, lub koło łóżka. A jak przestanie nam już intensywnie pachnieć? Wtedy niezawodne są lawendowe olejki z Chorwacji. Dwie kropelki i zapach powraca. Można je również wykorzystać jako zapach do odkurzacza i lawendowa wyspa w domu cały rok gwarantowana. Ja używam również tego olejku do kąpieli – i mówię Wam, rozkosz! 

Jako dodatki, również polecam zakup miodu z lawendą, tamtejszej oliwy no i oczywiście  Prošek– kto pił ten wie! A kto nie – musi spróbować :)


Już nie mogę się doczekać :)

Jeśli macie jeszcze jakieś pomysły na pamiątki z Chorwacji, podzielcie się nimi ze mną w komentarzach :)


środa, 8 lipca 2015

Centymetr prawdę Ci powie - 2 mierzenie!

2 etap wyzwania W 80 dni do wakacji już za mną. Przypominam, że moje wyzwanie uległo modyfikacji (Zmiany w wyzwaniu W 80 dni do wakacji) ponad tydzień temu, kiedy zaczęłam korzystać z pomocy doradcy żywieniowego, Karoliny Gołaś, która promuje zdrowe odżywianie prowadząc fanpage Analityka dietetyczna. Zapraszam do odwiedzenia jej strony. 

Pamiętacie jakie były efekty po 1 etapie? Jeśli nie, zapraszam do zapoznania się z postem Centymetr prawdę Ci powie. 

A teraz, przechodzimy do konkretów :) Wyniki mierzenia po 2 etapie:

W sumie straciłam 7 cm co uważam za całkiem przyzwoity wynik. W szczegółach wygląda to tak: 2 cm w brzuchu, 1 cm w tali, 2 cm w biodrach i 2 cm w udach. Tym razem nie zmienił się obwód pośladków ale do tego wrócę za chwilę. Weszłam również na wagę i choć nie ma dużej różnicy ( niecały kilogram) to jest mimo wszystko jakiś ruch w dół.

Co do innych korzyści? Zdecydowanie zmienia się wygląd mojej skóry,  która po trochu staje się gładsza i bardziej sprężysta – mówię tu o nogach i pośladkach. Jest to obserwacja nie tylko moja ale i P. który uwierzcie mi nie jest typem, który będzie mi kadził tylko po to, żebym poczuła się lepiej ;) Tak więc, jest to duża zmiana, która idzie w bardzo dobrym kierunku. Dodatkowo, mimo, że delikatnie to już zauważalnie podniosły mi się pośladki i zaczynają pojawiać się na nich zarysy mięśni.

Dodatkowo moje samopoczucie jest bardzo dobre a energia do działania (poza oczywiście momentami słabości, kiedy najadłabym się czekolady albo makaronu do porzygu :D ) jest ogromna. Hmm i teraz jak o tym pisze, przyszło mi do głowy, że lepiej sypiam, co w moim przypadku jest zbawienne.

Coraz lepiej idzie mi komponowanie posiłków z głowy a nie z kartki chociaż, wpadki się zdarzają – jak tylko zobaczyłam w Polskim sklepie świeżą dostawę żółtej fasolki, zakupiłam mniej więcej wiadro i dumnie przyniosłam do domu. Po czym zerknęłam w notatki i tak o to P. ma zapewniony jadłospis na najbliższe kilka dni a ja mogę sobie co najwyżej powąchać ;) Ale np. dzięki zaleceniom Karoliny, przypomniałam sobie jak bardzo lubię wątróbkę wieprzową (wiem –sick!)  i pierwszy raz po wielu latach, znowu zaczęłam ją jeść!

Gdzie jest haczyk? A no jak zapewne wiecie, nie ma wyników bez ciężkiej pracy szczególnie jeśli chodzi o prace nad sylwetką i mimo, że brzmi to wszystko lekko, łatwo i przyjemnie to nie do końca taka jest rzeczywistość.  Ale zmiany nawyków w stylu życia zajmują czas i energię – wie to każdy, kto spróbował.

Niestety cały czas mam problem ze zgubieniem tkanki tłuszczowej na brzuchu, rękach i udach  a co dopiero mówić o mięśniach i wiem, że w tym  temacie bardzo dużo pracy przede mną. Ale cieszę się, że zmiany robią się coraz bardziej widoczne, co tylko napędza mnie do dalszej pracy nad sobą.

Czego brakuje mi najbardziej? Makaronu, czerwonego wina i sera.

Z czym mam największy problem? Ze śniadaniami, które ponieważ na obecną chwilę muszą się składać z białka, tłuszczy i warzyw to zupełnie nie wpisują się w moje smaki i przyzwyczajenia.

Co podoba mi się najbardziej? Stały nadzór i pomoc Karoliny, która nie tylko stara się na bieżąco korygować błędy ale też z anielską cierpliwością odpowiada na miliony pytań! Poleciła mi również serię treningów z Fitness Blender, którą uwielbiam i wpisały się one na stałe w mój grafik.

I tak o to, naładowana pozytywną energią zaczynam kolejny etap wyzwania a przede wszystkim walki o siebie!


Trzymajcie kciuki :)




wtorek, 30 czerwca 2015

Pierwsze dni wyzwania W 80 dni do wakacji po zmianach :)

Pierwsze dni  bez glutenu i nabiału, czyli wyzwanie W 80 dni do wakacji po zmianach -> link

Jak się czuję? O dziwo całkiem nieźle, chociaż przechodząć dziś koło piekarni prawie zemdlałam jak dotarł do mnie zapach bułeczek. Co ciekawe, nie jadam ich już od bardzo dawna ale to własnie teraz naszła mnie na nie ochota :)

Plan który dostałam od Karoliny, o której już Wam wspominałam, składa się teraz z 3 głównych posiłków i 1 przekąski, która u mnie wypada między śniadaniem a obiadem. Jak to wygląda w praktyce? Poranek zaczynam niezmiennie od szklanki wody z imbirem i cytryną. Pamiętacie jeszcze jak się robiło ten cudowny napój? Jeśli nie to przepis znajdziecie na dole posta*. Następnie śniadanie, które jem w biurze, potem przekąska i obiad, które również załapują się na czas pracy, a wieczorem, po treningu, kolacja. Ogólne zasady będziecie mogli obserwować na podstawie jadłospisów które będą pojawiały się regularnie, jak do tej pory.

No i oczywiście dalej duża dawka ruchu!

Jak pierwsze odczucia? Chociaż staram się myśleć w kategoriach - co mi wolni jeść a nie czego nie wolno to mega ciężko przestawić się na nie owocowe a przede wszystkim bez nabiałowe śniadania. Sporo pracy nad planowaniem posiłków. Wczoraj zaraz po śniadaniu szybko poczułam głód ale gdzieś w między czasie o nim zapomniałam. Dzisiaj już takiego efektu nie czułam. Natomiast generalnie odczuwam głód mniejszy bądź wiekszy między posiłkami, ale podejrzewam, że to kwestia przestawienia organizmu. Jak narazie jestem pełna energii i optymizmu do walki o lepszą siebie :)


A wy co myślicie o diecie bez glutenu i nabiału? 


*przepis na oczyszczająco rozbudzający napój z imbirem i cytryną znajdziecie tutaj -> link


niedziela, 28 czerwca 2015

Zmiany w wyzwaniu W 80 dni do wakacji.

Dzisiaj trochę o tym, jakie wprowadzam zmiany w swoim wyzwaniu W 80 dni do wakacji, po konsultacji z doradcą żywieniowym Karoliną Gołaś.  Mówiłam Wam że,   wprowadzone przeze mnie zasady nie przyniosły oczekiwanych rezultatów więc postanowiłam skorzystać z pomocy osoby z większym doświadczeniem aby moje odchudzanie stało się bardziej efektywne ale i zdrowe. Po wnikliwej analizie moich dotychczasowych działań i celów, oraz reakcji na niektóre produkty i potrawy (przede wszystkim ciągły efekt wydętego brzucha i problemy z cerą) Karolina poradziła mi abym na początek odstawiła gluten i nabiał. Po miesiącu zobaczymy jakie nastąpią efekty i jak zmieni się moje samopoczucie. Wtedy też będziemy mogły stwierdzić czy kuracja okazuje się skuteczna czy należy problemu szukać gdzie indziej. Dwa dni temu dostałam materiały co jeść a czego nie, jak komponować posiłki i na co zwrócić uwagę. Pierwsza reakcja - przerażenie! Zrezygnowanie z moich ulubionych produktów to nie jest to czego się spodziewałam. Ograniczenie pola popisu w kuchni tym bardziej. Ale pomyślałam że co mi szkodzi spróbować i jeśli faktycznie zaczną pojawiać się efekty to wyrzeczenia się opłacą. Tak więc dzisiaj były zakupy a od jutra wielkie zmiany w mojej kuchni i na moim talerzu. Nie do końca z wielkim entuzjazmem ale z dużą nadzieją wprowadzam nowy porządek i obym już niedługo cieszyła się z widocznych rezultatów. Bo bikini już czeka :)


Więcej o odżywaniu bezglutenowym i odstawieniu nabiału oraz jak wygląda praca z doradcą żywieniowym już wkrótce!



piątek, 26 czerwca 2015

Szykują się zmiany!


Jak wiecie, prawie 30 dni temu zaczęłam walkę o lepszy wygląd i samopoczucie. Aby zwiększyć swoją motywację i podzielić się z Wami pomysłami na posiłki oraz treningi powstał cykl postów W 80 dni do wakacji. Po 29 dniach forma jest coraz lepsza, skóra coraz bardziej napięta i samopoczucie dobre ale niestety nie widzę zbyt dużych efektów jeśli chodzi o utratę kilogramów a przede wszystkim centymetrów. Szczególnie ciężko mi w to uwierzyć ze względu na zeszłoroczne efekty po takiej kuracji. Ale zamiast się poddawać lub dalej brnąć drogą, z której nie do końca jestem zadowolona  postanowiłam skonsultować się z osobą, która w tej dziedzinie ma odpowiednie doświadczenie. I tak od kilku dni trwa moja współpraca z Karoliną Gołaś, która jest doradcą żywieniowym. Jak na razie są to przygotowania do opracowania poprawnego planu posiłków oraz szeregu dodatkowych porad odnośnie treningów, suplementów i potrzebnych badań. Już w najbliższych dniach dostanę materiały i będę mogła przystąpić do zmian.  Co ciekawe, będę mogła niektórymi z nich się z Wami dzielić, więc cykl postów W 80 dni do wakacji nie zniknie z bloga.  Ale szczegóły wkrótce :)



środa, 17 czerwca 2015

Centymetr prawdę Ci powie.

Minęło 20 dni odkąd rozpoczęłam walkę sama ze sobą. Jak wspominałam wtedy, chciałabym schudnąć, przestawić się na zdrowszy tryb życia, czuć się lepiej. Mimo, że w zeszłym roku udało mi się schudnąć 10 kilo, pozbyć się dużej ilości cellulitu i nabrać dużo zdrowszych nawyków żywieniowych zmarnowałam to przez ogólne lenistwo i to, że ciężko taki tryb życia utrzymywać samej. Ale ponieważ wiem, że mogę tylko muszę się postarać postanowiłam rozpocząć od nowa. Żeby mieć większą motywację i sposób na kontrolowanie samej siebie musiałam znaleźć jakieś rozwiązanie. I tak powstało moje wyzwanie W 80 dni do wakacji. Wspominałam też, że wakacje nie są jedynym celem, raczej pierwszym etapem w drodze do celu. ¼ czasu do urlopu za mną więc dzisiaj krótkie podsumowanie tego okresu. Zapraszam.
Zacznę od rzeczy najbardziej brutalnej czyli mierzenie i ważenie. 20 dni temu zmierzyłam się w talii, brzuchu, biodrach i w najszerszym miejscu pośladków. Dziś po 3 tygodniach mogę śmiało powiedzieć, że w talii zgubiłam 2 centymetry, w brzuchu i pośladkach po 1 centymetrze. Nie zmierzyłam się w udach i pod biustem co zamierzam uczynić dzisiaj. P. zauważył, że znacznie wyszczuplała mi twarz. Niestety jeśli chodzi o wagę, pozostaje ona nie zmieniona. Jeśli chodzi o stracone centymetry to niby wygląda na niedużo, ale można już wyczuć większy luz w spodniach ☺ Kolejne mierzenie za 20 dni. Co do wagi...hmm ciężko mi stwierdzić czemu nie drgnęła ale wiem co zamierzam z tym zrobić – będę walczyć dalej!
Na pewno bardzo pomocne będą uwagi mojej siostrzenicy, już niedługo Pani dietetyk. Po analizie moich jadłospisów przedstawiła mi kilka punktów, które powinnam wziąć pod uwagę przy komponowaniu posiłków, co powinno pomóc mi nie tylko zdrowiej się odżywiać ale również zgubić kolejne centymetry.
Przede wszystkim bardzo mnie zaskoczyła mówiąc, że dostarczam swojemu organizmowi za mało energii, czyli kalorii. Ale też, że muszę je dostarczać w trochę mądrzejszy sposób.
Jeśli chodzi o składniki odżywcze to zdarza mi się przekroczyć zapotrzebowanie na białko w ciągu dnia, więc muszę tego bardziej pilnować.
Potem pojawia się cała lista składników, których przyswajam za mało.
Węglowodany – zdecydowanie za mało. Koniecznie jeść więcej warzyw i owoców.
Błonnik - zdecydowanie za mało. Koniecznie jeść więcej warzyw i owoców.
Żelazo – za mało.  Żeby uzupełnić braki najlepiej włączyć do jadłospisu wątróbkę, czerwone mięso.
Wapń – za mało. Do posiłków włączyć więcej (do wyboru) sera białego, kefirów, maślanek, jogurtów naturalnych bądź greckich.
Magnez – za mało. Do diety dołączyć orzechy, pestki,więcej banana, gorzką czekoladę.
Potas – za mało. Uzupełnić braki suszonymi owocami np morele czy figi, jeść grejpfruta, awokado, ziemniaki, kiwi, banana, pomidory.
Sód – pilnować, bo łatwo przekroczyć jego zapotrzebowanie. Zamiast dosalać lepiej przyprawiać potrawy ziołami.
Job – za mało. Do menu włączyć więcej ryb morskich – łosoś, tuńczyk.
Witamina D – za mało. Tutaj też pomogą ryby i wystawianie się do słońca...tylko, że ja mieszkam w Londynie...;)
Witamina PP – za mało. Do posiłków dołączyć orzeszki ziemne, migdały, ryby (makrela, łosoś), mięsa, podroby i suszone owoce.
Kwas foliowy – również za mało, ale to dość popularna przypadłość. Tu zdecydowanie potrzeba większej ilości zielonych warzyw (brokuły, brukselka, fasolka szparagowa, sałata, szczypiorek, szpinak), pomarańczy, bananów, awokado, pomidorów, warzyw strączkowych (fasola, groch, soczewica, soja), orzechów, pestek i buraków.
Brzmi groźnie? Ale tak nie jest. Z całej tej listy nasuwa się prosty wniosek –  generalnie za mało warzyw, ryb i orzechów.
Udało mi się też podpytać o kolejne pomysły na posiłki lub łączenie produktów co zaowocuje nowymi przepisami już wkrótce.
Jeśli chodzi o treningi – zdecydowanie widać, że nie udaje mi się ćwiczyć każdego dnia, Czasem brakuje mi czasu a czasem sił, choć staram się uskuteczniać jakąkolwiek formę ruchu codziennie. Ale już 4-5 treningów tygodniowo wpisuje się bez problemu w mój rozkład tygodnia i tego zamierzam się trzymać. Do aerobowych ćwiczeń dołożyłam kolejna maszynę czyli orbitrek. I powiem Wam, że po kilkuletniej przerwie tym razem naprawdę spodobał mi się ten trening, Jeśli chodzi o ćwiczenia w domu to nadal jest to Mel B, Ewa Chodakowska i ostanio również Natalia Gacka.
Co dalej? Przede wszystkim nie poddaje się! Na pewno zamierzam wziąć pod uwagę ( a w zasadzie już wzięłam co powoli widać w moich jadłospisach) sugestie i rady Patrycji, mojej siostrzenicy. Do posiłków dokładam większą ilość ryb, orzechów, warzyw, trochę czerwonego mięsa. Zamierzam również ograniczyć ilość sera, bo jednak dalej sporo go zjadam. Będę się starałam używać mniej tłuszczy do smażenia, więcej grillować lub piec. Poza tym zdecydowanie muszę poprawić swoje menu jeśli chodzi o weekendy, to one mogą mocno zwalniać moje postępy. Choć prawda jest taka, że sezon letni w pełni więc ciężko się powstrzymać od zimnego cydru lub lodów. Jakieś przyjemności muszą być! ☺
Zdecydowanie zamierzam utrzymać ilość treningów i kontynuować moją nową fascynację czyli orbitrek.
Kolejny raz podkreślam, że planowanie posiłków z wyprzedzeniem i pojemniki do pracy bardzo ułatwia trzymanie się wyznaczonych sobie zasad. Niestety zajmuje to wszystko sporo czasu ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Jakieś inne spostrzeżenia? Poza tym całym zamieszaniem z wagą, centymetrami, składnikami odżywczymi itd to przede wszystkim czuję się świetnie. Moje samopoczucie z dnia na dzień poprawia się, mimo, że miewam gorsze dni ze względu na zmęczenie i wołałabym żeby wszystko szło szybciej, to i tak całokształt wychodzi na plus. Dodatkowo dzięki treningom, podczas których słucham muzyki na słuchawkach przypomniałam sobie jak bardzo ją lubię i jak dużą rolę odgrywała ona kiedyś w moim życiu, i to jak bardzo mi jej brakowało. Inną korzyścią są zdrowsze i mocniejsze paznokcie,  silniejsze włosy, coraz ładniejsza cera i poprawiające niepięcie się skóry. To wszystko dzięki zmianie diety, ćwiczeniom i paru magicznym trikom, o których niedługo Wam opowiem.
Ogólnie mówiąc cały wysiłek, który wkładam w to wyzwanie nie idzie na marne.

I to chyba tyle jeśli chodzi o podsumowanie pierwszych 20 dni wyzwania W 80 dni do wakacji. Mam nadzieję, że jesteście ze mną, dopingujecie mnie i sami korzystacie z moich podpowiedzi.

niedziela, 24 maja 2015

Intymnie o miłości.

Miłość nie jedno ma imię. Okazywana nie tylko w słowach ale przede wszystkim w gestach. Dla
każdego z nas miłość w związku objawia się na pewno inaczej, najważniejsze to o nią dbać. Tylko wtedy pozostanie silna i świeża. Ostatnie tygodnie po raz kolejny uświadomiły mi, jak wielkie mam szczęście, że mam osobę, z którą dzielę te uczucia. Skłoniło mnie to do wyliczenia kilku miłych gestów, które dla siebie robimy, które dla nas oznaczają miłość. Tak powstało moje intymne wyznanie miłości...

Miłość jest wtedy:

Kiedy on wstaje w nocy bo przypomniał sobie, że ona nie ma naszykowanej kawy, 
bo wie że ona, gdy wstaje o 5 rano, ma problem ze znalezieniem nawet własnych myśli;

Kiedy ona wstaje wcześniej żeby zrobić mu kanapki do pracy, bo wie, jak on tego nie lubi robić;

Kiedy on w weekend robi kawę i śniadanie, żeby ona mogła dłużej poleżeć;

Kiedy ona obiera go ze stacji, żeby nie zmókł albo nie zmarzł choć już dawno mogłaby odpoczywać
w domu;

Kiedy on nosi siatki, nawet te lekkie choć ona też ma ręce;

Kiedy ona udaje że nie widzi jak on podjada słodycze, kiedy obydwoje są na diecie;

Kiedy on kupuje jej sałatki do pracy, bo wie że ona rano nie ma czasu ich zrobić;

Kiedy on nie obejrzy nowego odcinku ich serialu, dopóki ona nie wróci do domu;

Kiedy ona kupi mu nowa grę, za wszystko i za nic, choć wie, że straci z nim kontakt na wiele dni;

Kiedy ona mimo jego złości, potrafi go rozśmieszyć;

Kiedy on mimo jej humorów, zawsze wie jak wywołać uśmiech na jej twarzy;

Kiedy ona upada on ją podnosi, kiedy on zwątpi ona zawsze w niego wierzy;

Kiedy on zajmuje się całą domową "papierologią", bo wie że ona nie ma do tego cierpliwości;

Kiedy ona, pomimo ciężkiego dnia, pędzi do domu by zrobić im ciepły posiłek, bo wie, że dla niego oznacza to dom;

Kiedy on bierze dni wolne, żeby zająć się jej rodziną kiedy przyjeżdżają w odwiedziny, bo wie ile to dla niej znaczy; 

Kiedy on przymyka oko na jej drobne pomyłki czy niedociągnięcia, bo wie że zdarza jej się to ze
zmęczenia, a nie z niedbalstwa;

Kiedy oni pielęgnują swoje rytuały te duże i te małe, bo wiedzą, że to jeden z najmilszych przywilejów związku;

Kiedy oni siedząc razem na kanapie, musza czuć swój dotyk, choćby tylko małym palcem, bo chcą 
czuć zawsze swoja bliskość;

Kiedy oni, wiedzą, po prostu wiedzą, że poznali się po to, żeby razem iść przez życie.

Bo miłość to oddanie, to dbanie o drugą osobę, o jej szczęście, zdrowie i poczucie bezpieczeństwa.
To drobne gesty, które składają się na jedną, wielką całość. To rzeczy, które w gorszych chwilach związku pozwalają nam walczyć, przetrwać i iść dalej, razem. 

Zawsze Twoja,
Zawsze Mój,
Zawsze My. 


Ze specjalną dedykacją dla P. :*

środa, 20 maja 2015

Pieniądze szczęścia nie dają...

Pieniądze szczęścia nie dają...tak mówią. A ja...Od ponad dwóch lat żyjemy za granicą. Mimo odległości nie wyobrażam sobie nie spotykać się z rodziną. Staram się jak mogę odwiedzać ich lub zapraszać do siebie, aby nie zerwać więzi, które zawsze nas łączyły. Jesteśmy rodziną, która bardzo mocno trzyma się razem. W tej chwili mamy 3 pokolenia bab (mama, siostra i jej dwie, już dorosłe córki), które zawsze i wszędzie mogą się spotkać, porozmawiać o wszystkim i nigdy nie będą się nudzić. Możemy wspólnie dyskutować, śmiać się czy płakać, i gdziekolwiek jesteśmy, to i tak jesteśmy blisko. Nie wszystkie chwile są łatwe, nie wszystkie przyjemne ale zawsze dzielimy je ze sobą. Nie każdy to rozumie ale tak już jest☺ W związku z tym, nie ma mowy, żeby nasz dream team się rozpadł, tylko dlatego, że mam teraz do nich dalej. Poza nami, kobitkami, są jeszcze nasi panowie, Ci duzi i ten mały, bez których było by pusto, było by źle. To oni dopełniają naszą rodzinę, dzięki nim nasze życie nabiera kolorów. To dla nich walczymy każdego dnia. Dzięki nim, ciężkie chwile stają się łatwiejsze.
Jest 3 tydzień maja. Tak się ułożyło, że w tym miesiącu odwiedziła nas moja mama, potem ja poleciałam w odwiedziny do nich, a teraz jesteśmy świeżo po wizycie jednej z moich siostrzenic i chrześniaka. Jestem szczęśliwa i zmęczona, bogatsza o przeżycia ale i ‘’spłukana’’ ;) I do czego zmierzam – czy faktycznie pieniądze szczęścia nie dają? Ja uważam inaczej. I oczywiście nie chodzi o sam fakt ich posiadania ale tego jak można je wykorzystać. Nie chodzi też o miliony, tylko o takie kwoty, które pozwalają nie tylko na przeżycie ale i na zapewnienie wszystkich podstawowych potrzeb, jakimi dla mnie bez wątpienia są nie tylko jedzenie i opłacenie rachunków ale też wyjazdy, spotkania z bliskimi i możliwość sprawiania radości sobie i innym. To pieniądze pozwoliły na to abym mogła polecieć do nich, zjeść z nimi sobotniego grilla i poplotkować przy kieliszku wina. To dzięki pieniądzom oni mogą przyjeżdżać do nas żeby poczuć jak tu żyjemy, zobaczyć wiele ciekawych miejsc, naszych miejsc. I w końcu dzięki pieniądzom, możemy cieszyć się z atrakcji ale i wychodzić z trudności, które przynosi nam życie.Choć tu również kluczową rolę odgrywają bliscy.
To naturalnie tylko jeden z wielu przykładów że pieniądze a raczej to jak możemy ich użyć jednak w tym szczęściu pomagają. Nie twierdzę też że spotkanie z nimi to jedyny rodzaj szczęścia dla mnie. Ale w związku z odległością, jest to bardzo ważny czynnik i to własnie takie momenty sprawiają że rozłąka jest łatwiejsza. Oczywiście nie było by pieniędzy gdyby nie ciężka praca ale własnie po to ją wykonujemy, żeby żyć, ale nie byle jak, tylko żeby żyć szczęśliwie, przepełnieni doświadczeniami i wspomnieniami, zadowoleni ze wspólnych chwil, ale również z tych osobno, które możemy sobie opowiadać, przekazywać. Najważniejsze to umieć znaleźć balans pomiędzy tym za czym gonią wszyscy a tym, co naprawdę jest ważne. I choć ostatnie tygodnie były cudowne, były też meczące - plotki do późnych godzin nocnych a raczej wczesnych porannych i całodzienne wycieczki robią swoje ;) Tak więc teraz odpocznę, nabiorę sił i naładuję portfel, aby znów, już niedługo, sprawić sobie albo bliskim jakąś przyjemność ☺  Bo ja wiem, co dla mnie w życiu jest najważniejsze. I Wam też tego życzę!




niedziela, 15 marca 2015

Sukces mierzony w centymetrach!

Jakiś czas temu pisałam Wam, że wracam do zdrowszego odżywiania się i treningów. Dziś kilka szczegółów.
To co uważam za najważniejsze to regularność, duża ilość ruchu i czas który musimy poświęcić aby przygotować sobie posiłki, które będą odpowiednie do naszego planu. Tylko wtedy opanujemy pokusę w postaci słodkich lub słonych przekąsek, które niestety często skutecznie rujnują nasze plany ;) 
Ważne jest abyśmy nie ważyli się obsesyjnie i nie sprawdzali codziennie czy już udało nam się zgubić kilogramy. Po pierwsze tylko nas to zdenerwuje po drugie dużo bardziej miarodajne jest mierzenie swojego sukcesu w zgubionych centymetrach! Sama to przeszłam w zeszłym roku i wiem, że waga spadała bardzo powoli ale jakie było moje zaskoczenie kiedy bez problemu zmieściłam się w krótkie spodenki sprzed kilku sezonów! 

Podstawowe założenia mojego planu odżywiania to odpowiednia liczba kalorii oraz zastąpienie części produktów innymi. Jest chodzi o kalorie, mam tu ogromną pomoc ze strony mojej siostrzenicy, która szkoli się na dietetyka i ćwiczy na mnie swoją wiedzę. Dzięki temu utworzyła mi podstawowy plan na cały tydzień (złożony z tego co jadam normalnie, taki był warunek) o liczbie kalorii odpowiedniej do mojej wagi, wagi którą chcę osiągnąć oraz ilości wysiłku fizycznego. Do celu jaki chce osiągnąć potrzebuje 1500-1600 kalorii dziennie i optymalnie 4-5 dni treningowych. W zeszłym roku ta metoda zadziałała tak więc i teraz będę się jej trzymać. Nie było łatwo, nie obyło się bez potu i łez ale efekt był więcej niż zadowalający. Teraz nadszedł czas na ciąg dalszy! Jeśli chcecie skorzystać z mojego planu poniżej kilka wskazówek.

Produkty, które zastępuje innymi:
- chleb żytni lub razowy zamiast białego pieczywa,
- olej kokosowy (post) zamiast masła oraz oleju do smażenia (w niektórych przypadkach),
- słodkie przekąski zastępuje orzechami (nie więcej jak 10-15 dziennie),
- majonez zastępuje jogurtem naturalnym, lub dodaję go dla smaku w niewielkiej ilości,
- kilka razy w tygodniu pozwalam sobie na kawałek gorzkiej czekolady (zawierająca powyżej 70% kakao), ponieważ jest zdrowa, opóźnia starzenie i poprawia nastrój.

Dodatkowo ograniczam ilość kawy, do jednej dużej w ciągu dnia. Jeśli chodzi o pozostałe napoje, nie mam z tym większego problemu. Od dawna nie pije napojów słodzonych. Zamiast tego pije wodę nie gazowaną, samą lub z dodatkami (pomarańcza, mięta, ogórek, grejpfrut, truskawki) oraz zioła (rumianek, miętę, melisę, pokrzywę). Na winko pozwalam sobie tylko w weekendy. Jeśli chodzi o makarony, to ich nie zastępuje. Jem białe, bo tylko takie lubię i nie zamierzam z nich rezygnować, natomiast zmniejszam zjadane porcję oraz częstotliwość. Jem więcej warzyw zarówno surowych jak i gotowanych. Ograniczam również ilość sera żółtego oraz parmezanu, mleka i innego tłustego nabiału. Ale pamiętajcie - nie ma sensu jeść serów chudych lub pić mleka 0%, bo wtedy one nie mają nic wspólnego ze zdrowym produktem, który powinien nam dostarczyć odpowiednią ilość wartości odżywczych. Lepiej zjeść mniejsza ilość sera półtłustego i wypić trochę mleka półtłustego (np. do kawy) - będzie i smacznie i zdrowiej. 
Mój jadłospis składa się z 4 posiłków, 1 przekąski, 1 kawy oraz wody i ziół.
Dzień zaczynam od oczyszczającego napoju z cytryną i imbirem, o czym pisałam w poprzednim poście (post). Następnie jem coś co normalnie nazwalibyśmy przekąską - wiem brzmi to dziwnie, ale ponieważ nie jem śniadania zanim wyjdę do pracy to właśnie przekąską rozbudzam swój organizm i metabolizm do życia. W pracy zjadam śniadanie (400-480 kcal), drugie śniadanie (240-320 kcal) oraz lunch (160-240 kcal). Obiad jem wieczorem (480-560 kcal), w domu. Przepisów mam sporo więc jadłospis nie jest monotonny, ale jest w nim kilka stałych punktów. 

Kolejną sprawą są treningi: 2-3 razy siłownia, 2 razy ćwiczenia w domu (albo z Mel B - moje ulubione, albo z Ewą Chodakowską). Więcej o treningach opowiem Wam w kolejnym poście. 

Jeśli podoba Wam się mój sposób na powrót do formy i chcecie ze mną podjąć wyzwanie, już wkrótce pomysły na posiłki, które są zdrowe, smaczne i mieszczą się w określonych powyżej kaloriach. Jeśli tylko macie ochotę - korzystajcie! Wiem jak trudno jest czasem ułożyć taki plan.

I pamiętajcie -  każdemu może się zdarzyć "cheat day" i nie ma co się tym przejmować tylko się nie poddawać i dalej dążyć do wyznaczonego celu.

Ja już zaczęłam swoją walkę a Wy?:)



czwartek, 12 lutego 2015

Czekacie czy pogardzacie? Jak to jest naprawdę z tym Grey'em?

Dwa dni temu znalazłam na brytyjskiej stronie The Times informację, że pracownicy 359 sklepów B&Q ( popularna w Anglii sieć sklepów,  w której znajdziemy wszystko dla domu) dostali maila z informacją o możliwości wzmożonego zainteresowania klientów linami, sznurami, plastikowymi opaskami oraz taśmami. Ma to mieć związek z nadchodzącą wielkimi krokami premierą filmu "50 Twarzy Greya". Zostali poproszeni też o zapoznanie się, w miarę możliwości, z książką o tym samym tytule aby zdali sobie sprawę z wrażliwość tematu i byli przygotowani na zapytania że strony klientów. Egzemplarze książki zostaną zapewnione przez firmę. Można i tak! :)

Ja przyznaję, książki czytałam. Ba! Pierwszą część nawet z dużym zainteresowanie. Kolejne, dużo słabsze, też przeczytałam, bardziej z ciekawości i chęci dokończenia trylogii. Ale fakt, cała saga za mną, i ogólny obraz wyszedł w zasadzie pozytywny, jeśli szukamy łatwej, lekkiej i przyjemnej lektury. Natomiast jeśli chodzi o film to uważam, że niestety ale to duży błąd, że autorka zgodziła się na zekranizowanie swojej powieści ( money, money, money). Na moje oko film tylko zepsuje wykreowany wizerunek serii. Nie ma takiej możliwości aby film oddał klimat krążący wokół książki. No i nie ma również możliwości aby film zmierzył się ze specyfiką seksualności bohaterów. Sceny będą okrojone, spłaszczone, pozbawione wyuzdania a to przecież owe wyuzdanie było najbardziej charakterystyczną cechą tej książki. Film zostanie na poziome bajeczki o słodkiej dziewczynie i chłopcu z problemami. Kolejny wielki minus to ścieżka dźwiękowa, która nie dość że powinna być dla widza niespodzianką, to jeszcze dobrana jest po najmniejszej linii oporu. Kawałki już od jakiegoś czasu ograne, część przeróbek znanych hitów - no nie tego się spodziewałam. Może oglądając film, ogólny odbiór będzie korzystniejszy ale jak na razie jestem mocno zawiedziona.


Ale to jest moja opinia, i to jeszcze zanim film obejrzałam. Bo nie ukrywam, że jak najbardziej zamierzam go obejrzeć. Jednak kasę na kino zaoszczędzę a wino i film obejrzę w domowy zaciszu, tymże winem się racząc.

A Wy? Czekacie na premierę czy raczej pogardzacie tematem?



wtorek, 10 lutego 2015

Moje sposoby na wiosnę zimą!

Mimo, że w Londynie ciężkim zim nie ma i wbrew pozorom szarych dni jest bardzo mało to i tak po okresie świątecznym, z niecierpliwością wyczekuję choćby pierwszych oznak wiosny.
Ale dopóki za oknem wiosna przeplata się z zimą to próbuję własnymi siłami nastrój wiosenny przywołać. 
Oto kilka moich sposobów:

Więcej warzyw pojawia się na naszym stole.

Jeśli tylko wyjdzie słońce w weekend, wybieram się na spacer, choćby na kilka minut. Ładowanie akumulatorów dzięki promieniom słońca to u mnie podstawa. 

Maluję paznokcie na wiosenne kolory, dziwne, ale naprawdę poprawia to nastrój.

Mam też nowy, choć już stały, zwyczaj. Są to świeże kwiaty w wazonie ( w zasadzie w szklance, bo wazonu się jeszcze nie dorobiłam ;) ) Kwiaty trafiają też na nasze stoliki nocne, w sypialni. Mała, tania rzecz a sprawia, że cały dom wygląda inaczej.

Powoli też gromadzę wiosenne gadżety, które już niedługo będą w użyciu. 

Poza tym przestaję powoli używać zapachowych świec na rzecz zapachu kwiatów i świeżego, choć jeszcze często mroźnego, powietrza.

A czy Wy macie swoje sposoby na to aby poczuć wiosnę zimą? Jeśli tak, podzielcie się nimi ze mną, chętnie dołożę coś jeszcze do swojego zestawu. A jeśli nie, to znajdzie swoje metody na przywołanie wiosennego nastroju. Od razu poczujecie się lepiej po zimowym marazmie :)


niedziela, 8 lutego 2015

Luty miesiącem zmian.

Minął pierwszy tydzień lutego. W postanowienia noworocznych (post) pisałam, że chcę w tym roku kontynuować odchudzanie i przede wszystkim zrobić coś dobrego dla siebie. Ponieważ po siłowni i ćwiczeniach czuję się lepiej zamierzam do tego wrócić. Cały luty będzie dla mnie miesiącem, w którym powoli będą się przestawiać na zdrowsze odżywanie a przede wszystkim do włączenia ćwiczeń w mój plan dnia. Mniej więcej od listopada przestałam stosować się do wcześniej wyznaczonych sobie celów i to był błąd. Teraz zamierzam to naprawić. W zeszłym tygodniu dwa razy udało mi się iść na rowerek. Bałam się, że będę miała duże zakwasy, ale o dziwo moje ciało zareagowało dużo lepiej niż myślałam. W tym tygodniu poza dwiema wizytami na siłowni, dołączę również jeden dzień ćwiczeń w domu. Będzie to zestaw ćwiczeń z Mel B, które bardzo lubię. Plan docelowy to powrót do trybu z zeszłego roku czyli  2-3 dni siłowni oraz 2  dni treningu w domu. Zacznę również powoli wymieniać produkty w swoim jadłospisie na bardziej zdrowe oraz wspomagające proces chudnięcia. Nie wierzę w żadne diety cud, celowo też nie używam słowa dieta, ponieważ nie wszyscy prawidłowo je interpretują. Natomiast wierzę w rozsądek i zdrowe odżywanie. Wiem co szkodzi mojemu organizmowi, wiem również co jest dla niego dobre. Nie zawsze się do tego stosuję, z lenistwa, z łakomstwa ale nie zmienia to faktu, że w zeszłym roku, z pomocą mojej siostrzenicy, która szkoli się na dietetyka, udało nam się wypracować podstawowe zasady, które sprawdził się w walce z własnymi słabościami i nadprogramowymi kilogramami ;) W kolejnym poście przybliżę Wam te zasady, żeby praca nad ciałem dawała pożądane rezultaty ale też żeby nie zamęczyć się wymyślnymi dietami, ostawianiem większości produktów czy głodówkami. Powody powolnego powrotu do takiego trybu życia są dwa. Po pierwsze moje dni są teraz bardziej intensywne niż wcześniej i nie mam ochoty na szok organizmu, nadmierne zmęczenie i kiepskie samopoczucie spowodowane odstawieniem lub zmianą niektórych produktów. Po drugie, chciałabym uniknąć nadmiernych zakwasów, które towarzyszyły mi długo w zeszłym roku.
Ale jedno wiem na pewno, wracam i to już na dobre! :)



sobota, 7 lutego 2015

Podsumowanie pierwszego miesiąca w nowej pracy.

W czwartek minął miesiąc odkąd zaczęłam pracować w nowej firmie. Jak już pisałam wcześniej (tutaj) znalazłam się w kompletnie innej rzeczywistości. Bardzo się z tego cieszę i również doceniam, że dostałam taką szansę. Pracy jest dużo, dzień mija szybko, cele są jasno wytyczone a atmosfera jest wręcz wspaniała - czego chcieć więcej. Dużo się przez ten miesiąc nauczyłam zarówno pod względem języka angielskiego jak i wykonywanej pracy. Dowiedziałam się też, paru nowych rzeczy o sobie. Okazało się na przykład, że polubiłam wstawanie o 5 rano. Nooo może polubiłam to za mocne słowo, ale przyzwyczaiłam się już do tego i zaczynam widzieć coraz więcej tego dobrych stron. Dzięki temu nie tylko zaczynam pracę wcześniej ale również wcześniej ją kończę. Wracam do domu po godzinie 17, co na warunki londyńskie jest naprawdę przyzwoitą godziną. Mam więcej czasu dla siebie i dla domu. Drugą rzeczą jaką się dowiedziałam o sobie, to niestety wolę ćwiczyć rano, na co teraz nie mogę sobie pozwolić, bo musiałabym wstawać o nie ludzkiej godzinie, której prawdopodobnie nawet nie ma na moim budziku ;) Ale za to, i to jest prawdziwy surprise!, bardzo tęsknie za regularnymi ćwiczeniami dlatego też...ale to już w kolejnym poście!
Okazało się również, że przez ten miesiąc polubiłam odbierać telefony od klientów, bo sprawia mi nieziemską frajdę fakt, że porozumiewam się z nimi po angielsku bez większych problemów ( są pewne wyjątki;) ). 
Oczywiście, pierwszy miesiąc nie obył się bez wpadek, z których wszyscy mieliśmy w pracy porządny ubaw. Bo jak tu się nie śmiać, skoro zamiast przyjąć płatność kartą od klienta, zwróciłam mu pieniądze na konto. Albo wysłałam dostawę z paletą cementu na adres domowy zamiast na budowę. Udało mi się też oczywiście zbłaźnić językowo, kiedy zapytałam jak często robimy "fortnightly promotions" (fortnightly - w najprostszym przekładzie - co dwa tygodnie! ). Próbowałam też przekonać koleżankę z pracy, że muszę wynieść lodówkę, zamiast coś z niej wyciągnąć. Pomyłek w nazwach firm lub imionach klientów nawet nie zliczę. A rozmowę z klientem z Glasgow, który mówił do mnie z tak przepięknym akcentem, którego ja niestety nie mogłam rozszyfrować, zaliczam do najbardziej komicznych wydarzeń w moim życiu :D
Ale na szczęście największy stres już minął, coraz bardziej jestem obeznana w temacie, nazwy firm nie są już mi obce, a i pomyłek językowych coraz mniej. Jestem też przekonana, że dalej mam dużo nauki przed sobą a i śmiesznych historii na pewno wiele.

Ale miesiąc uważam za udany i oby tak dalej!




niedziela, 11 stycznia 2015

Nowa praca - inny świat :)

No i stało się...minął pierwszy tydzień w nowej pracy. Trochę bałam się tej zmiany, czy to na pewno już czas, czy na pewno poradzę sobie w brytyjskiej firmie. Ale potem pomyślałam, że przecież zawsze sobie radzę więc dlaczego teraz miałoby być inaczej? Już pierwsza rozmowa pokazała mi, że z moim językiem angielskim jest dużo lepiej niż sądziłam i po dwuetapowej rekrutacji czułam, że mam duże szanse na zatrudnienie. Po kilku dniach oczekiwania dostałam ofertę. I tu pojawiło się pierwsze zaskoczenie - to co było przedstawione na rozmowie, znalazło się w kontrakcie. Moje doświadczenie pokazuje, że pracodawcy bardzo zaniżają wynagrodzenie oraz inne oferowane warunki w proponowanej umowie w porównaniu do tego co było przedstawione w ogłoszeniu lub na rozmowie kwalifikacyjnej. Moja nowa firma już na wstępie pokazała, że jest godna zaufania a co ważniejsze, że ufa mi, nie podważa moich kwalifikacji oraz, że firmie zależy właśnie na mnie. Dodatkowo zatrudnić chcieli kogoś od zaraz ale ja miałam zaplanowany urlop na dwa ostatnie tygodnie roku i tu też nie robili żadnego problemu. Dlatego nie zastanawiałam się ani chwili i tak o to od nowego roku zaczęłam swoje wyzwanie...od przygody w podróży dzięki której przyjechałam pierwszego dnia do biura spóźniona jakieś 30 min ;)
Cały miniony tydzień stał pod znakiem nauki, nauki i jeszcze raz nauki. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że szef rozpisał plan działania i przydzielił poszczególne osoby do tego, aby wprowadziły mnie w rożne dziedziny pracy i wiedzy produktowej. Nie ma zamętu, każdy wie co i w jaki sposób mi przekazać a przy tym robią to w niezwykle cierpliwy i przemiły sposób. Fakt, że grafik jest napięty a moja głowa coraz bardziej kwadratowa ale im więcej czasu poświęcimy na to na początku tym szybciej będę mogła pracować samodzielnie. 
We wtorek miała miejsce pierwsza telekonferencja z pozostałymi oddziałami i spotkało mnie kolejne miłe zaskoczenie - nikt nachalnie nie wymagał jakiegoś przemówienia z mojej strony. Właściciel krótko mnie powitał i pogratulował pierwszych dni w zespole, co pozwoliło mi uniknąć ogromnego stresu publicznego wystąpienia przed obcymi osobami.
W piątek, spotkaliśmy się na podsumowanie całego tygodnia i poza ogromnym zadowoleniem z dwóch stron dowiedziałam się, że szef podjął decyzję o skróceniu mi godzin pracy, żebym nie musiała przyjeżdżać do biura tak wcześnie jak do tej pory było to umówione (whaat?).
Z ciekawostek mogę Wam powiedzieć, że główny szef, który ma siedzibę w Szkocji już pierwszego dnia dzwonił żeby chociaż telefonicznie powitać mnie w zespole bo nie ma go tu na miejscu.
A tak na koniec - zobaczcie jak w tej firmie przywitali mnie pierwszego dnia szefowie i współpracownicy...


Mogę tylko powiedzieć, że jak się chce to można. Jeden mały gest potrafi sprawić, że chce się jeszcze bardziej :) 

Podsumowując, pierwszy tydzień był bardzo owocny ale również przyniósł wiele miłych niespodzianek. Koledzy oraz szefostwo są bardzo pozytywnie nastawieni do mnie jako nowej osoby i widać, że w firmie panuje atmosfera ciężkiej pracy ale w ludzkich i bardzo sprzyjających rozwojowi warunkach. Muszę przyznać, że chyba pierwszy raz pracuję w takim miejscu i mam nadzieję, że jest to zapowiedź bardzo udanej współpracy. 


niedziela, 4 stycznia 2015

Witajcie w Nowym Roku!

Sylwester za nami. W Nowy Rok weszliśmy w szampańskich nastrojach i tanecznym krokiem. Teraz czas na postanowienia noworoczne i kolejne etapy w naszym życiu. Po dwóch tygodniach świątecznych wakacji w Polsce wróciliśmy do Londynu gdzie od prawie dwóch lat mieszkamy. Rozstanie z bliskimi było jak zwykle ciężkie ale wiemy też, że będziemy się starać zobaczyć z nimi już wkrótce. Dla mnie ten rok będzie na pewno bardzo ekscytujący gdyż już jutro zaczynam nowa pracę. W praktyce wyglada to tak, że zmiana pracy miała być planem na ten rok ale udało mi się zrealizować go wcześniej :) Nie mogę się doczekać pierwszego dnia ale rownocześnie dopadł mnie stres. Ale na szczęście radość ze zmiany pracy jest ogromna i jestem pewna że to była słuszna decyzja. Już niedługo podzielę się z Wami pierwszymi wrażeniami z różnic jakie panują między pracą w polskiej a brytyjskiej firmie.
Kolejne postanowienie na nowy rok to powrót do regularnych ćwiczeń i zdrowszego odżywiania się. W zeszłym roku udało mi sie zrealizować część  planu (-10 kilo), w tym roku czas na kolejną dziesiątkę ;) Co prawda nie będę miała możliwości ćwiczyć rano jak do tej pory bo pracę będę zaczynała dość wcześnie ale szybciutko zamierzam się przestawić na plan popołudniowy. 
Nieuchronnie zbliża się też moment zmiany kodu więc ten rok zamierzam poświęcić sobie, żeby w jak najlepszej formie i w jak najlepszym nastroju wejść do grona trzydziestoletnich. Trzymajcie kciuki bo zamierzam zrobić wszystko żeby ten rok należał do mnie :)

A Wam wszystkim życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku!



niedziela, 14 grudnia 2014

W korzenno - owocowych oparach :)

Już za tydzień czeka nas podróż do Polski na Święta.  W tym roku wyjątkowo wybieramy się ze znajomymi samochodem, co jak podejrzewam może być podróżą naszego życia - kto spędził 20h w samochodzie wie o czym mowa ;) ale nie ma co marudzić - bardzo cieszymy się na tą podróż a jeszcze bardziej na spotkanie z bliskimi. Wigilię Bożego Narodzenia jak i całe Święta spędzimy w tym roku w Sanoku czyli z rodziną P. Już widzę to  wspólne wylegiwanie się na kanapie, zajadając świąteczne przysmaki, oglądając świąteczne filmy a to wszystko przy pachnącej, kolorowej choince. Liczę też na trochę śniegu bo baaardzo za nim tęsknię. Po Świętach aż do nowego roku będziemy mieli okazję spędzić czas z moja rodziną - gadania nie będzie końca ;)Ponieważ do wyjazdu został tylko tydzień przygotowania do Świąt i u nas ruszyły pełną parą. W kuchni unoszą się korzenne i owocowe zapachy bo szykujemy małe co nieco dla naszych ukochanych :) nie mogę zdradzić co robimy bo to będzie niespodzianka więc przepisami podzielę się z Wami dopiero po Świętach. Mogę tylko powiedzieć, że poza tradycyjnymi pierniczkami będzie coś jeszcze. Przepis na nasze pierniczki już wkrótce na blogu a tymczasem wracam ''do garów'' ;)



A jak idą Wasze przygotowania? :)


piątek, 12 grudnia 2014

Walijski weekend w Kamilczaka obiektywie :)

Bo ostatnie tygodnie dały nam na prawdę w kość, bo trzeba naładować akumulatory i zadbać o dobre samopoczucie, bo dla chcącego nic trudnego, bo trzeba spełniać swoje zachcianki, bo lubimy wyjeżdżać, bo na Mikołajki, bo o przyjaźnie trzeba dbać, bo TAK - każdy powód jest dla nas dobry żeby ruszyć w małą podróż i urozmaicić sobie czas. A że powodów nazbierało się aż nadto na weekend udaliśmy się do znajomych do Walii. Mieszkają oni w uroczej miejscowości Llanelli. Bardzo lubimy tam jeździć ponieważ poza fajnie spędzonym czasem z przyjaciółmi czeka nas tam zawsze spokój, cisza i piękne widoki. Jest to rewelacyjna odskocznia i miła odmiana od zatłoczonego, przepełnionego ludźmi i chaosem Londynu. Poza tym wyjeżdżamy stamtąd ze świetnymi humorami, zrelaksowani i z planem kolejnego spotkania, czy w Llanelli, czy w Londynie czy jak już było raz - w Amsterdamie ;)
A weekend nam minął tak:

Gotowi do drogi w oczekiwaniu na autobus :) 

Pięciogodzinna podróż minęła nam bardzo przyjemnie na piętrze busa Mega Bus. Umilaliśmy sobie czas filmami, więc o nudzie nie mogło być mowy ;)

Oczywiście najpierw musieliśmy minąć zatłoczony ale za to przepięknie kolorowy Londyn.

Jak dojechaliśmy na miejsce, sporo po północy,  jedyne na co mieliśmy ochotę to na piwko i pogaduchy ;)

Kiedy w Sobotę Panowie udali się na zakupy po śniadanie, my wybrałyśmy się na spacer z psem. Pogoda dopisywała a widoki jak zwykle tam cudowne :)




 Chłopakom udało się w dwie godziny zrobić zakupy na śniadanie i zapasy na wieczór ;)

Po południu dojechali kolejni znajomi i udaliśmy się na obiad do pubu The Sandpiper, w którym, serwują chyba najlepsze żeberka jakie kiedykolwiek jadłam!


Po przepysznym obiedzie udaliśmy się do domu na gale KSW oraz wieczór z winkiem ;)


Następnego dnia, kiedy odpoczęliśmy po atrakcjach poprzedniego wieczoru wybraliśmy się do Swansea, gdzie mogliśmy zobaczyć tamtejszy Winter Wonderland oraz zrobić sobie zdjęcia ze słynną ciężarówką Coca Cola.








Po mroźnym spacerze udaliśmy się na przepyszne jedzonko z grilla do Libańskiej restauracji. Zdjęć niestety nie zrobiliśmy bo po godzinnym oczekiwaniu na obiad nikt nie miał już do tego głowy ;) Musicie uwierzyć na słowo - było dużo i było pysznie :)

Weekend szybko minął i trzeba było wracać do swojej rzeczywistości. Ale akumulatory naładowane a już wkrótce kolejna wyprawa! :D

Dziękujemy za cudowny weekend Kochani!